Niestety jednak nie opublikuję

Niestety jednak nie wziąłem zeszytu

Cóż, tak w skrócie, jako że raz w tygodniu można zamiast "klepać kod" zająć się tym, na co jeszcze mówią "poezja" (gdyż słowo to tak zmieniło znaczenie w ciągu ostatnich lat, że aż ciężko mi z tym żyć), to miałem "coś tam wrzucić". Tak się jednak złożyło, iż zeszyt w którym trzymam wszystkie swoje bazgroły, został na wielkiej "kupce" papierów, które "zawsze nosiłem ze sobą, ale już mnie plecy od tego bolą", więc mam przy sobie tylko to wszystko, co kiedyś doczekało się wersji elektronicznej.

Tak się złożyło, że znalazłem przy okazji coś, co trafiło już chyba do wiecznej szuflady, a mianowicie utwór z którego jestem najbardziej dumny, czyli Trzecie Zakończenie. No, niestety, bez "pierwszego i drugiego" jego sens może być baaaardzo zaburzony, ale nie zaszkodzi, abym się podzielił choćby i wstępem do tego - w sumie chyba najdłuższego ze swoich - dramatu:
(Przypominam jeszcze, iż jest to tylko i wyłącznie wstęp)

"The Child will be born again
That siren carried him to me
First of them, true loves
Singing on the shoulders of an angel
Without care for love n` loss"
--- Nightwish, "Ghost Love Score"

Była tam dziwna, wieczorem pisana
Książka czytana od końca
Zrodziło sie życie i miłość niechciana
Spotkana z końcem miesiąca
Widziałem przymierze nad rzeką zawarte
Krzyki dusz ludzkich - skrzynie otwarte
Śmierć, istnień wiele - dziś leżą w grobie
Lecz to przymierze pisane jest Tobie
Powstań więc Czterdziesty i Siódmy Panie
Niech nowa era w końcu nastanie
Przestań przedłużać już długie spacery
Niech spocznie duch ludzki - Czterdzieści i Cztery.
Chociaż po sobie zostawili długi
Niech spoczywają - i pierwszy i drugi!

Złodziej z hukiem otworzył drzwi, wchodząc do lochu. Siedziałaś przy pustym, drewnianym stole. Całe pomieszczenie oświetlała jedna, umocowana na ścianie świeca. Kamienie lekko odbijały pomarańczowe światło, akcentując wyraźne cienie stojącego w kącie regału. Długi, czarny płaszcz powiewał przy każdym kroku, odsłaniając co jakiś czas któreś z jego ostrz. Szerokim łukiem ominął ów stół i stanął na moim miejscu, opierając się dłońmi o blat, który lekko zaskrzypiał.

- Nie dopuściłaś do tego, tak? - rzucił wyzywająco. - Dzięki przynajmniej za obudzenie mnie w porę.

Zadrżałaś, bo zdałaś sobie sprawę, czemu to nie ja wszedłem do pokoju. Czy zakończenie naprawdę miało być aż tak okrutne?

- Gdzie... gdzie on jest? - Już zdecydowanie się o mnie bałaś, choć nie byłaś pewna czy bardziej nie przerażała Cię sama obecność Złodzieja. Tak bliska obecność...

- Tam gdzie być powinien, głęboko pod ziemią - skłamał drwiąco próbując upozorować moją śmierć. Ale ty wiedziałaś, że to nieprawda. Czułaś mój oddech na ramieniu. Mimo, że mnie tam nie było...

Czułaś moją obecność...

Złodziej chyba też ją wyczuł, gdyż nagle cofnął się do tyłu, sięgając po parę zatrutych sztyletów. Nagle błękitna kula energii spłynęła z sufitu dokładnie w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał. Po raz pierwszy ujrzałaś go przerażonego, zapewne był pewien, że zdołał mnie unieszkodliwić na dłużej.

- Nie tak łatwo Ci ze mną pójdzie - usłyszałaś mój głos za swoimi plecami. - Natychmiast opuść to miejsce!

Ale moje rozkazy nie miały na niego żadnego wpływu. Nagłym skokiem dostał się w objęcia cienia regałów i znikł.

- Szybko, odsuń się, bo coś może Ci się stać! - krzyknąłem, ale Ty nie chciałaś słuchać. Na dodatek obróciłaś się w moim kierunku. Ujrzałem Twoje strach i troskę.

- Nie... - wypowiedziałaś, zanim pierwszy sztylet przeciął powietrze podążając w moją stronę. Byłem szybszy, ty nie.

Draśnięcie lekkie, ale bolesne, spowodowało, że krzyknęłaś i poderwałaś się z krzesła. Moje widmo zwróciło się w kierunku wysuniętego z cienia napastnika, posyłając w jego stronę garść świetlistych kul.

- Słuchaj, nie ma żartów! - rzuciłem pospiesznie. - Król nie żyje! Ja żyję tylko dzięki Tobie, jesteś ranna, nie możesz tu zostać!

Wróg wykorzystał ten moment, by znów tajemniczo zniknąć w ziemności. Pożałowałem wtedy, że nie oświetliłem lepiej tego pomieszczenia. I właśnie coś przeszło mi przez myśl, przecież to było takie proste... Wystarczyły dwa ruchy ręką, by całe pomieszczenie wypełniło oślepiające, blade światło. Odruchowo zamknęłaś oczy, ale i to nic nie dało. Jasność była wszechogarniająca.

- Padnij! - krzyknąłęm, kiedy pozbawiony cienia, w którym mógłby się ukryć przeciwnik ruszył do kontrataku. Nie wiem, czy nie zdążyłaś rzucić się na ziemię, nie chciałaś, czy po prostu ciało odmówiło Ci posłuszeństwa. Wiem, że tego nie zrobiłaś. Z mych palców wystrzelił strumień jasnych kul, mknących w stronę lecącej w naszą stronę postaci. Uskoczył w bok, a pociski rozstrzaskały rząd stojących pod ścianą mebli. Drzazgi rozleciały się na wszystkie strony, a Ty odruchowo zasłoniłaś twarz, zanim ostre igły wbiły się w Twoje ciało.

- Uciekaj! - krzyknąłem jeszcze, lecz brakowało Ci już sił. Ból był nie do zniesienia.

Traciłaś przytomność.

* * *

Kiedy się ocknęłaś, było już po wszystkim. Leżałaś na łóżku, sama. Ból nie ustawał, wciąż był ogromny, lecz tym razem skoncentrowany.

- Nie zranił Cię głęboko, ale jego broń była zatruta - usłyszałaś z kąta mój głos. Spojrzałaś w tamtą stronę. W pustym, białym, oświetlonym wszechobecnym bladym światłem pokoju, oprócz nas dwojga nie było nikogo. Znajdowało się tam jedynie krzesło na którym siedziałem i łóżko, na którym byłaś spałaś.

- Musisz odpocząć. Trucizna szybko ogarnęła całe ciało. Zneutralizowałem ją, ale szkody wyrządzone przez nią jeszcze długo będą Cię męczyć...

Milczałaś długo. Jestem pewny, że myślałaś. Zastanawiałaś się co zrobić, co o tym myśleć.

- To nie jest moje prawdziwe ciało, prawda?

- Tak, ale rany na duszy mogą być równie niebezpieczne, jak te na ciele.

Znów chwila milczenia, tym razem jednak nic nie powiedziałaś.

- Przepraszam - przerwałem w końcu milczenie. To wszystko moja wina, to ja Cię tu sprowadziłem, przeze mnie Król nie żyje, to ja w ogóle dopuściłem do powstania tego miejsca, ba, to ja je stworzyłem!

Ciągle nie powiedziałem Ci wszystkiego. Mimo, że tutaj nic mnie nie hamowało, nie potrafiłem się do tego przyznać nawet przed samym sobą.

- To już koniec. Muszę odejść. Nie mogę Cię już dłużej narażać, tu jest zbyt niebezpiecznie...

- Nie zrobisz tego...

- Muszę!

- Nie możesz!...

Spuściłem głowę, wyciągając jednocześnie rękę ku górze. Wystrzeliło z niej świetliste, błękitne ostrze.

- Żegnaj.

- NIE!

Ciemność.

* * *

Kiedy się ocknęłaś, było już po wszystkim. Leżałaś na łóżku, sama. Ból nie ustawał, wciąż był ogromny, lecz tym razem skoncentrowany.

- Nie zranił Cię głęboko, ale jego broń była zatruta - usłyszałaś z kąta mój głos. Nawet nie spojrzałaś. Wiedziałaś, że tam jestem, ale wiedziałaś co się stanie za chwilę. Zamknęłaś oczy. Ból był i odejść nie chciał. Poczułaś mą dłoń na swoim ramieniu.

- Ty wiesz, co powinienem zrobić, ale...

- Nie chcę tego.

- Ani ja. Wiesz jednak, że są dwie drogi ucieczki od cierpienia...

- Daj spokój.

Otworzyłaś oczy, patrząc w idealnie biały sufit. W sumie, to nawet go nie widziałaś, nad nami rozpościerała się jedynie nieskończona biel, niedokończonego pomieszczenia.

- Ty nie chcesz mnie zostawić.

Spojrzałaś na mnie. Wyglądałem tak, jak zawsze mnie widziałaś.

- Ja też nie chcę, nie mogę.

Milczenie. Znów badałaś biel sufitu.

- Będzie boleć, zawsze.

Nasze oczy znowu się spotkały. Rozumiałem to, co chcesz powiedzieć.

- Ciebie nie boli, prawda? - spytałaś niepewnie.

- Tak. I wiem, że to nie sprawiedliwe. Nie chcę tego.

- Nieprawda...

- Nie ma prawdy - rzuciłem prawie od niechcenia, - ale tak, chcę zostać tu z Tobą, tylko nie chcę skazywać Cię na cierpienie.

Twój wzrok znów powędrował ku górze.

- Jesteśmy więźniami naszych własnych ambicji. Chcemy zmieniać świat nie potrafiąc zmieniać samych siebie. Chcemy zmieniać ludzi, nie potrafiąc zrozumieć swych pragnień.

Milczenie.

Ból.

Ciemność.

* * *

Kiedy się ocknęłaś, było już po wszystkim. Siedziałaś nad książką, przerzucając oczami kolejne wiersze. Osiągnąłem swój cel, przynajmniej po części. Podniosłaś zaspany wzrok z ostatniej linii tekstu. Bolało, ale nie tak bardzo.

Wbrew logice natknęłaś się na moją twarz.

- Nie bój się, nie ma mnie tu.

Spojrzałaś na swoje ręce, ramiona... Sprawdziłaś, że czujesz fizyczny ból. Po licznych bandażach nie było śladu, po ranach również. Byłaś już sobą, połączeniem duszy i ciała, ale ból ciągle istniał.

- Musimy żyć dalej. Uratowałaś Złodzieja, więc ma on teraz wobec Ciebie dług wdzięczności. Z innej strony, będzie szukał okazji, aby się na mnie zemścić.

Siedziałaś i słuchałaś. Nie potrafiłem jednak dojrzeć Twej twarzy przez zasłonę cienia...

* * *

Stałem przed Tobą, rozdartą. Staliśmy tak we dwójkę na skrzyżowaniu, oczekując na jakikolwiek ruch z drugiej strony. Nie liczyłem, który to już raz, ale wiedziałem, że były ich już setki.

- Czy to jest zakończenie, którego pragnąłaś? - przerwałem w końcu.

Westchnęłaś.

- Nie mam pojęcia. Myślisz, że na prawdę to już koniec?

- Powieści - tak. Życia - nie. Oto i trzecie zakończenie bezimiennej drogi...

Marandil środa, 04 grudzień 2013 - 3:16 pm | | Domyślne
Użyte znaczniki:

Brak komentarzy

(pole opcjonalne)
(pole opcjonalne)
(Ochrona antyspamowa)
Zapamiętać informacje o tobie?
Uwaga: Wszystkie znaczniki HTML poza <b> i <i> zostaną usunięte z twojego komentarza. Możesz dodawać linki wpisując po prostu adres URL lub e-mail.