Wreszcie wyniki mini konkursu na tekst poranny

Wybaczcie, że tyle to trwało i że wyniki nie pojawiły się od razu w środę, po naszym werdykcie hurtownianym. Niestety przez moją nieobecność, chorobę porobiły się różne zaległości i tak wyszło, że spokojnie mogę ogłosić werdykt dopiero dziś.

Tym razem poziom wydawał nam się ogólnie wyrównany, choć każdy z tekstów, według nas, wymagałby jeszcze dopracowania. Były dwa opowiadania i dwa wiersze.

Niewielką  przewagą głosów, ale jednak, wygrała tym razem Julka opowiadaniem bez tytułu, które zamieszczam w całości poniżej, bez korekty.

Gratulujemy serdecznie. Następny mini konkurs już wkrótce, Śledźcie wpisy!

Opowiadanie Julki:

Wschodzi słońce. Uśmiechnęłam się pod nosem i zmrużyłam oczy przed rażącymi promieniami. Zakołysałam się na siedzeniu, gdy autobus znacznie przyśpieszył, a potem zwolnił. Wpatrywałam się jak zahipnotyzowana w okno próbując rozróżnić rozmazane kształty, jednak pęd pojazdu i ulewa szalejąca na zewnątrz znacznie mi to utrudniały. Znałam jednak tę trasę bardzo dobrze i mogłabym ją odtworzyć nawet z pamięci. Te obornickie i wilczyńskie lasy, te pola i łąki przed przystankiem “Kowale”, te kolorowe jednorodzinne domki w Droszowie… Doskonale pamiętam każdy zakręt, każdy przystanek. No, ale w końcu jeżdżę tą trasą od półtora roku, dzień w dzień. Niebo znowu przykryły ciemne chmury, zakrywając całkowicie wschodzące słońce. Przetarłam zaporowaną szybę rękawem kurtki. Bielutka mgła spowijała ziemię wokół jezdni, im dalej, tym gęstniej. Mgła… to lubię. Mgły są takie magiczne i tajemnicze. Wciąż nie rozumiem jak one powstają, co tylko potęgowało moje odczucie co do ich niezwykłości. W każdym moim opowiadaniu, gdy jest jakaś tajemnicza sceneria zawsze, ale to zawsze, musi być mgła. Mimo dość paskudnej pogody i faktu, że właśnie jadę do szkoły byłam uśmiechnięta i wesoła. Wiele osób nie lubi szkoły, bo jest dużo nauki, jest trudno, a nauczyciele robią kartkówki i sprawdziany na potęgę i straszą jedynkami na półrocze. Ja tam lubię szkołę. Mam tam moją przyjaciółkę, którą rzadko odwiedzam, bo daleko ode mnie mieszka, a bilety na busy są drogie, a z którą w szkole spędzam cały swój wolny czas. W szkole często się śmieje, znaczy częściej niż w domu. Z moją klasą nie da się nudzić. Praktycznie na każdej lekcji jest jakiś “przypał”. No, wyjątkiem jest polski. Wszyscy się boją polonistki, która jest również wice dyrą. Za to panowie od matmy i historii to dwójka najlepszych nauczycieli – zabawni, mili, ciekawi. Ogółem – fajni. Nie da się nie uśmiechnąć na ich lekcjach. Ta, to lubię. Autobus podskoczył na wyboistej drodze, a wraz z nim pasażerowie na swoich siedzeniach. W wyniku tego ‘podskoku’ z lewego ucha wypadła mi mała, czarna słuchawka. Szybko ją złapałam i wsadziłam na swoje miejsce. Nie mogłam pozwolić sobie na utratę choćby nutki tej piosenki. Jest zbyt fajna, bym straciła ulubiony fragment. Melodia grana była przez orkiestrę z wyróżnieniem 6 insturmentów – fletu poprzecznego, tuby, fagotu, skrzypiec, bębnów i pianina. Była cicha, spokojna… nie no, co ja gadam… może z początku. Potem, praktycznie na sam koniec (czyli mój ulubiony fragment) główne instrumenty, które do tej pory grały osobno lub w duetach tutaj weszły wszystkie. Zawsze wtedy przechodzą mnie dreszcze. To lubię. Podgłośniłam dźwięk w słuchawkach przyciskiem z boku telefonu i oparłam czoło o szybę. Autobus wjechał na małe rondo i skręciwszy w lewo zatrzymał się na pierwszym przystanku, znak, że podróż dobiega końca. Zdziwiłam się, jak szybko minął mi czas na samym myśleniu. Między Obornikami a Trzebnicą jest niecały kwadrans drogi, jednak jest to zmienna zmienna. Zależy od tego jaka jest pogoda, szybciej bus dojedzie w ciepły, letni dzień na suchej nawierzchni, niźli na przykład w śnieżycę. Wyciągnęłam z leżącego obok mnie na siedzeniu plecaka małą, składaną parosolkę, zmieniłam piosenkę w komórce i wyszłam z busa, gdy dojechał do mojego przystanku. Schowałam telefon do kieszeni kurtki i szybko rozpostarłam nad sobą ochronną barierę. Ruszyłam drogą w stronę oddalonej spory kawał od przystanku szkoły nucąc pod nosem słuchaną właśnie piosenkę. Teraz puściłam sobie coś żywszego, by nie zasnąć pod drodze. To lubię, żywe i skoczne piosenki, które zmuszają nogi do tańca wbrew Twojej woli. Podrygując do rytmu przemierzałam bezkresne stepy chodnika. Co jakiś czas, gdy odpływałam myślami za daleko musiałam się wracać do rzeczywistości, bo zaczynałał cicho śpiewać tę piosenkę. Ona jest po prostu zbyt uzależniająca, chwytliwa i dobra, by jej nie śpiewać. W końcu słuchałam jej w domu tyle razy, że po jakimś czasie tekst wrył mi się w pamięć. Hańbą i obrazą dla znakomitego autora tej piosenki i hipnotyzującego głosu wokalistki byłoby nie zaśpiewanie jej. No, ale jakby to wyglądało, jakbym nagle zaczęła śpiewać na korytarzu szkolnym “I love video gaaaaaaaaaaaaaaaaaames~!”? Z pewnością dziwacznie. Potrząsnęłam parasolem, żeby nagromadzone krople deszczu opadły na ziemię. To lubię. Nie deszczyk, lecz ulewa. Najlepsze są ulewy bez parasolów, no ale dziś musieli mi wcisnąć go do plecaka. Mech… Doszłam do budynku szkoły. Odbiłam kartkę szkolną i zaczęłam wchodzić po kręconych schodach. To lubię, ten znajomy, swojski zapach. Powiadają, że każde mieszkanie lub dom ma swój własny charakterystyczny zapach. Tak jak nasza szkoła. Po chwili doszłam pod salę od matematyki. Cała moja klasa siedziała pod ścianą, ślecząc nad podręcznikami i zeszytami. No tak sprawdzian… Tjaa… tego NIE lubię.

justa poniedziałek, 02 grudzień 2013 - 08:56 am | | Domyślne

Brak komentarzy

(pole opcjonalne)
(pole opcjonalne)
(Ochrona antyspamowa)
Zapamiętać informacje o tobie?
Uwaga: Wszystkie znaczniki HTML poza <b> i <i> zostaną usunięte z twojego komentarza. Możesz dodawać linki wpisując po prostu adres URL lub e-mail.